#1 2010-04-02 15:44:12

Triss

Mag Ognia

Zarejestrowany: 2009-06-05
Posty: 6387
Punktów :   
Imię: Ewa.

Opowiadania - Bernkastel

Tutaj Bernkastel będzie zamieszczała swoje opowiadania, a inni, o ile zechcą - będą komentowali. Nie zakłada go Bernkastel, gdyż ja robię nieco porządku z opowiadaniami - opowiadania z pewnością wstawiała będzie później Bernkastel.



STARSZE OPOWIADANIA BERNKASTEL -



Bernkastel napisał:

Oto i moje opowiadanie! Nie dotyczy ono Avatara. Wszystko wymyśliłam ja: bohaterów, fabułę, czas i miejsca. No, może miejsca nie, ale resztę tak. ^^ A więc zacznę od przedstawienie bohaterów, ok? Jedziemy:

Yuki - niebieskooka nastolatka o długich kręconych brązowych włosach. Miła, spokojna i naprawdę wrażliwa. Zawsze jest pogoda i pełna radości do życia. Gdy ją zranisz, będzie to wspominać latami. Nie ukrywa łez. Jest naprawdę sympatyczną osobą.
Lyra - nastolatka o czekoladowych oczach i rudych włosach zazwyczaj niedbale związanych w dwa kucyki. Nie zna się na modzie i nie za bardzo ją to obchodzi. Jest cyniczna, sarkastyczna i sceptyczna. Nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Świetnie walczy i jest wybitną akrobatką. Zna Yuki od kiedy były bardzo małe i mieszkały w sierocińcu. Jest ciekawa świata. Dla niej liczą się tylko przyjaciele, ale też i pieniądze.
Yo - ma zielone oczy i krótkie brązowe włosy. Na zabój zakochany w Yuki. Jest sympatyczny, ale też nieśmiały. Jest najmądrzejszy w całej drużynie. Sypie radami na prawo i lewo. Zna się na wszystkim, poza jednym - miłości. Nie przepada za Lyrą, ale dołączył do jej drużyny tylko po to, by uwolnić Yuki.
Tein - pogodny i zabawny nastolatek o niebieskich oczach i krótkich kruczoczarnych włosach. Ma niezwykłe poczucie humoru. Uwielbia się popisywać i wygłupiać. Jedyną jego zaletą jest pomysłowość, lecz inni tego za bardzo nie doceniają, gdyż zazwyczaj się wygłupia zamiast być poważny. Uwielbia walczyć, przez co Lyra przyjęła go do drużyny.

To są tylko główni bohaterowie, jakby co. A więc teraz rozdział pierwszy! ^^ Proszę:

Rozdział I


Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie…*



*Wisława Szymborska.
   Wszystko zaczęło się pewnego jesiennego dnia. Zmęczone całym rokiem liście delikatnie opadały na nieskazitelnie czystą taflę wody i pływały niczym małe łódki bez załogi i jakiekolwiek celu swej podróży. Deszcz bębnił w brudne szyby szarych bloków, w których znużeni mieszkańcy wyglądali sennym wzrokiem za okna wyczekujący choćby najmniejszego promyka słońca. Cały świat wydawał się być dziś w stanie błogiego i spokojnego snu niezakłóconego żadną awanturą.
   W jednym z tych szarych budynków w niewielkim pokoiku całkowicie odciętym od świata mieszkała dziewczyna, a na imię jej było Yuki. Leżała na starym łóżku z wystającymi już sprężynami i łkała. Choć nie wyglądała na taką, to w głębi duszy, tak bardzo głęboko cierpiała z wielu powodów. Jednak okrutny los nie pozbawił ją nadziei na lepsze i piękniejsze jutro. Jej długie brązowe loki delikatnie opadały na jej mokrą od łez twarz, a niebieskie oczy pełne męki wyglądały jak i inni mieszkańcy tego miasta za okno. Ale ona nie żądała jak inni by deszcz przestał padać. Ona chciała się wydostać z tego więzienia nazywanego domem. Nagle usłyszała dziwny dźwięk, jakby ktoś próbował wspiąć się po tym wielkim bloku.
   Cichutko na palcach podeszła do okna i otworzyła go. Spojrzała w dół i z radością uznała, że się nie myliła. Po szarej i zniszczonej ścianie budynku wspinała się ruda dziewczyna z włosami niedbale związanymi w dwa kucyki, a w jej czekoladowych oczach dostrzegła dziwny blask. Ubrana była w niezwykle oryginalny strój: czarne skórzane kozaki, do tego zdecydowanie za duże na nią dżinsy z powycieranymi kolanami i okropnie splamioną brązową bluzkę na ramiączkach.
   - Odsuń się. – krzyknęła ruda w stronę Yuki, a ta natychmiast wykonała jej polecenie.
   Dziewczyna niczym zawodowa akrobatka wskoczyła przez okno i delikatnie jak płatek róży opadający na skropioną rosą trawę, wylądowała na podłodze. Yuki podeszła do niej i uścisnęła przyjaźnie.
   - Och, Lyra. Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz. – uśmiechnęła się przez łzy szatynka – Ile to już lat się nie widziałyśmy?
   - Dokładnie licząc, to cztery. – powiedziała i rozejrzała się po pomieszczeniu – To twój pokój? Całkiem ładne mieszkanko, nie powiem. Umiesz urządzać wnętrza.
   - To nie mieszkanie, to więzienie. – wytłumaczyła rudej – Lyra, jak ci się udało mnie znaleźć? Tokyo to przecież ogromne miasto. Znalezienie tu przyjaciółki z dawnych lat graniczy z cudem.
   - E tam! – machnęła ręką i niedbale rozłożyła się na łóżku należącym do Yuki – To nie było takie trudne, jak tobie się wydaje. Fakt, trzeba było trochę pogłówkować, ale sama widzisz. W końcu ciebie znalazłam.
   - Tak, widzę i jestem niezmiernie szczęśliwa. – rzekła szatynka, a usłyszawszy czyjeś głosy za oknem spytała – Ktoś z tobą jest?
   Lyra wyjrzała na zewnątrz.
   - O, tak. Tein i Yo. Pomogli mi ciebie znaleźć. Pamiętasz Yo? Chodził z nami do klasy.
   - A tak, pamiętam! – powiedziała szatynka i zamyśliła się na chwilę.
   Ruda przyglądała jej się przez moment, a potem wstała i zapytała:
   - To ja, idziesz ze mną czy zostajesz w tym… czymś?
   - Co…? – ocknęła się z transu – Jasne, że idę. Nie mam ochoty spędzić tu ani sekundy dłużej.
   Lyra wyskoczyła przez okno, a Yuki zrobiła to samo. Nareszcie była wolna.

Bernkastel napisał:

Rozdział II
Życie niczym gra – ciągle nas czymś zadziwia, a kolejne poziomy trudniejsze od poprzednich…*


*Carmelka
   Yuki zjechała po śliskiej ścianie w dół i niezgrabnie stanęła na asfalcie. Od razu zauważyła u boku Lyry dwóch chłopaków – bruneta i szatyna. Ten drugi przypominał jej kogoś z dzieciństwa. Przywitała się z nimi i zaczęła rozmawiać o czymś z rudą.
   Szatyn wpatrywał się w dziewczynę jak w obrazek. Wiedział, że Yuki jest ładna, lecz nie sądził, że przez ten cały czas aż tak bardzo wypiękniała. Jej długie brązowe loki lekko opadały na ramiona, błękitne oczy i tej szczery uśmiech.
   - Hej, Yo… Co ci jest? – zapytał brunet machając dłonią przed oczyma szatyna – Halo, tu Ziemia!
   - C-cooo…? – ocknął się Yo – Przepraszam, zamyśliłem się… - próbował się tłumaczyć.
   - Mnie nie oszukasz. W co się tak wpatrywałeś? – zapytał brunet zmierzywszy przyjaciela sceptycznym spojrzeniem.
   - Co? Ja? Ja się w nic nie wpatrywałem, naprawdę, w nic, Tein. – powiedział i oblał się szkarłatnym rumieńcem.
   Po chwili do chłopaków rozmawiających w najlepsze na temat tego w co Yo się nie wpatruje podeszła Lyra i oznajmiła:
   - Wszystko już wyjaśnione. A więc została tylko kwestia tego, jak dostać się do Nowego Yorku.
   Nagle odezwała się Yuki.
  - Może tak polecimy samolotem? Bilety nie są tak strasznie drogie, tak sądzę…
  - Nie. – Lyra zmarszczyła czoło – Szybko by nas znaleźni.
   Szatynka już miała się zapytał kto niby miałby ich szukać, ale nie chciała przerywać Lyrze.
   - Mam inny pomysł. Możemy się teleportować.
   Przez chwilę Yuki uważała to za żart, ale widząc że wszyscy podeszli bliżej bruneta i złapali się go za ręce zapytała:
  - Wy… Naprawdę się teleportujecie…?
  Lyra spojrzała na nią jak na kogoś z innej planety.
  - Heh. – zaśmiała się nerwowo – A ty myślałaś, że co? Że niby żartuję? Chodź, chwyć się Teina i lecimy.
  Szatyna niepewnie podeszła do bruneta i złapała go za rękę.
  - A więc… raz… - zaczęła odliczać ruda – dwa… i… trzy…!
  Ledwie powiedziała trzy, a już wszyscy oderwali się od ziemi, choć nikt nie podskoczył. Lecieli jakby w górę. Wszystko wirowało, a po chwili cała grupa upadła na twardy grunt.
   Yuki rozejrzała się. To z pewnością nie było już Tokyo.
  - Witamy w Nowym Yorku. – uśmiechnęła się Lyra – W mieście, które nigdy nie śpi.

Bernkastel napisał:

Rozdział III
Dobry plan konsekwentnie wykonany dzisiaj, jest lepszy, niż idealny plan wykonany jutro…*


*George Patton.
   Cała grupa szła wzdłuż ulicy o dziwnej nazwie. Wielkie bilbordy oświetlało tysiące lamp, a w oknach wysokich wieżowców tliły się światła. Szli cały czas naprzód prowadzeni przez pewną siebie Lyrę. Nagle zatrzymali się przed wielkim pięknie zdobionym budynkiem z jakże wiele mówiącą nazwą „Hotel”.
   - Jesteśmy na miejscu. – powiedziała ruda jakby sama do siebie.
   - Mam małe pytanie. Dlaczego teleportowaliśmy się do Nowego Yo… - zaczęła Yuki, ale ruda jej przerwała zasłaniając jej usta ręką, lecz jej wzrok cały czas spoczywał na nazwie budynku.
   - Nie martw się na zapas. Dowiesz się w swoim czasie, obiecuję. A teraz musimy jakoś załatwić nocleg.
   - Ależ Lyra, nie mam przy sobie żadnych pieniędzy… - powiedziała smutna szatynka.
   - Och, Yuki, Yuki… Jaka ty jesteś niemądra. Nie potrzebne nam są pieniądze. – uśmiechnęła się kpiąco, a zarazem z wyższością.
   Ruda raźnie weszła do hotelu, Yuki niepewnie ruszyła za reszką. W końcu byli w środku. Pięknie wypolerowana posadzka aż lśniła, wszystkie zakamarki były dokładnie odkurzone i wyczyszczone, a każda firanka idealnie ułożona. Wszystko było na swoim miejscu, więc całe to pomieszczenie wydawało się być wręcz perfekcyjne.
   Lyra podeszła do recepcji i powiedziała śmiało:
  - Pokój numer 405.
  Recepcjonistka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
   - A nazwisko? – zapytała.
   - Jessica Evans. – odpowiedziała bez namysłu ruda.
   Kobieta spojrzała na nią sceptycznie i po chwili podała klucz.
   - Dziękuję. – rzekła beznamiętnie Lyra i z całą grupą podeszła do schodów.
   Yuki zbliżyła się do przyjaciółki.
   - Nie wiedziałam, że zmieniłaś nazwisko. – szepnęła.
   Ruda zaśmiała się drwiąco.
   - A po co miałabym zmieniać nazwisko?
   - No, bo powiedziałaś, że nazywasz się Jessica Evans… - powiedziała powoli szatynka – Więc jak ci się udało ją namówić, żeby oddała tobie klucz do swojego pokoju?
   - Można powiedzieć, że złożyłam pannie Evans nieoczekiwaną wizytę w jej jakże niegdyś gustownej rezydencji… - uśmiechnęła się drwiąco.
   Gdy już byli na czwartym piętrze Yo wziął od rudej klucz i otworzył pokój numer 405.
   Od razu do pokoju wbiegł Tein i rozłożył się na kanapie przed telewizorem.
   - Niezła miejscówka. – powiedział zmieniając do chwila programy.
   - Zapomniałeś po co tu jesteśmy? – Lyra zmierzyła go złowieszczym spojrzeniem i na stole w kącie rozłożyła wielką i odrobinę już starą mapę Nowego Yorku.
   - Sądzę, że mogą być tutaj. – rzekł szatyn wskazując na niebieski punkt na mapie.
   - To by było nierozsądne i za łatwe. – ruda pokręciła przecząco głową – On mogą być dosłownie wszędzie, ale moje zaufane źródła są zgodne przy tym, że na pewno są w Ameryce, a dokładniej w Nowym Yorku.
   Yuki z zaciekawieniem podeszła do rozmawiających w najlepsze Lyry i Yo.
   - O kim mówicie? – spytała rudej, która zmierzyła ją wzrokiem o nazwie „A jak myślisz, co teraz powiem?”, więc już całkiem zdezorientowana usiadła na fotelu przed telewizorem.
   Było już po północy. Tein wyłączył telewizję i poszedł do swojej sypialni. Szatyn zrobił to samo. Tylko Yuki i Lyra dalej siedziały w salonie.
   - Ja chyba też się już położę. – powiedziała szatynka i ziewnęła bardzo głośno – Dobranoc, Lyra.
   - Tak, dobranoc… - odpowiedziała jej ruda i zamarła.
   Ostrożnie podeszła do drzwi i przyłożyła do nich ucho. Ktoś tamtędy szedł. Szedł do nich.

Bernkastel napisał:

Z dedykacją dla Dianki-Katary i Toph - moich wiernych czytelniczek.

Rozdział IV
Nawet cień przyjaciela starczy, aby uczynić człowieka szczęśliwym…*


*Menander.
   Lyra stała przy drzwiach i nasłuchiwała. Po chwili do salonu weszła Yuki ubrana w różową piżamę w owce.
   - Co jest, Lyra? – zapytała przyjaciółkę, a ta pokazała jej, żeby była cicho.
   Szatynka podeszła do drzwi i otworzyła je.
   Na korytarzu stała wysoka, szczupła dziewczyna. Miała duże fioletowe oczy i kruczoczarne włosy sięgające jej do pasa i splecione w długi warkocz, a kilka krótszych włosów opadały jej na twarz. Ubrana była białą koszulkę z wielkimi mało mówiącymi napisami, potargane czarne dżinsy i z pewnością już stare czerwone trampki z rozwiązanymi sznurówkami. Patrzyła na nich sceptycznie jakby nic ją nie obchodziło. Jakby przyszła pod ich drzwi w jakiejś ważnej sprawie, a nie na pogaduszki.
   - Cześć. – powiedziała pogonie Yuki.
   - No hej. – odpowiedziała nieznajoma. – Można wejść?
   - Pewnie. – uśmiechnęła się pogodnie szatynka, a ruda uderzyła się z głośnym klaskiem w czoło zaciskając przy tym zęby.
   Brunetka weszła do salonu i niedbale wyłożyła się na fotelu kładąc nogi na stoliku.
   Yuki już miała podejść do nieznajomej, gdy ruda złapała ją za ramię.
   - Po coś ją tu zaprosiła? – zapytała spokojnym szeptem, choć widać było, że jest zła z powodu zaproszenia tu tej dziewczyny.
   - Przesadzasz, Lyra. Z pewnością jest bardzo miła. – odparła szatynka.
   - Niech będzie, ale jak ciebie nie polubi to nie moja sprawa. – powiedziała i usiadła obrażona naprzeciwko brunetki.
   Yuki usiadła obok Lyry i spojrzała na dziewczynę.
   - Więc… jak masz na imię?
   Brunetka nie zdejmując nóg ze stolika powiedziała.
   - Alish Walker. A ty to…?
   - Yuki Johns. A to jest Lyra. – wskazała na rudą.
   Po chwili do salonu wszedł Yo, a za nim Tein.
   Brunet ze zdziwieniem popatrzył na Alishe, potem na Yuki i Lyrę, a potem znów na nieznajomą.
   - Kto to jest? – zapytał.
   - To jest Alish, nowa przyjaciółka Yuki. – odpowiedziała mu ruda.
   Alish uśmiechnęła się lekko, chwyciła kilka kamyków z misy leżącej na stole i obracała je w powietrzu nie dotykając ich palcami.
   Yuki z błyskiem w oku przyglądała się jak Alish obraca w powietrzu kamienie. Natomiast Lyra ciężko westchnęła i pokręciła głową w geście lekceważenia popisującej się dziewczyny co zdenerwowało brunetkę.
   - Coś ci nie pasuje? – oburzyła się brunetka wstając i zaciskając pięść, a kamyki spadły z hukiem na stolik.
   - Tak. Ty. – odparła bezpośrednio Lyra również wstając z miejsca.
   Alish zmierzyła ją wzrokiem mrożącym krew w żyłach.
   - Heh. – zaśmiała się nerwowo brunetka – Myślisz, że jesteś taka mądra, tak? A nawet dobrego planu działania nie umiesz wymyślić, panno doskonała.
   Ruda zamarła na chwilę, a potem zapytała już spokojniej.
   - Skąd wiesz o moim planie?
   - A wiem. – powiedziała arogancko chwytając się u bioder – Mam swoje sposoby by wszystko wiedzieć co się wokoło dzieje.
   - Podsłuchiwałaś nas. – syknęła ruda.
   - Możliwe. – rzekła brunetka – Ale co ciebie to obchodzi? Ciebie obchodzi tylko twój wielki plan działania, a nie życie jakichś tam ludzi. Ciebie nic nie obchodzi, nawet ty sama. Mogłam ci pomóc, mogłam doradzić, ale teraz widzę, że nic tu po mnie. Że sama jesteś swoimi przyjaciółki, rodziną i bliskimi.
   Lyra była już czerwona na twarzy ze złości. Wszyscy byli przygotowani na jej wybuch. Jednak ona mściwym wzrokiem zmierzyła Alishę i pokazawszy jej drzwi powiedziała naprawdę głośno i bardzo wyraźnie.
   - Wynoś się stąd.
   Brunetka posłuchała jej. Posłusznie wyszła z pomieszczenia, a drzwi zamknęły się za nią same.

Bernkastel napisał:

Rozdział V
Nie należy wtykać nos w nie swoje sprawy…


   Przyjaciele w milczeniu wpatrywali się w rozzłoszczoną Lyrę. Dziewczyna tylko krzyknęła i poszła do swojej sypialni zatrzaskując z hukiem drzwi.
   Stali tak jeszcze z minutę, a potem i oni pogrążyli się w śnie w swoich łóżkach.
   Noc była wyjątkowo piękna. Gwiazdy świeciły swym naturalnym blaskiem, a księżyc w pełni dodawał uroku tej przewspaniałej porze dnia, tak magicznej i niesamowitej, gdy wszyscy poddają się niezwykłej mocy Morfeusza.
   Jednak Lyrę to nie oczarowało. Wpatrywała się pustym wzrokiem w cień nocnej szafki. W końcu wstała z łóżka i przeciągnęła się. Ubrała ciepłą bluzę, dżinsy i trampki. Uchyliwszy drzwi do swojej sypialni sprawdziła, czy nikogo nie ma w salonie. Wszyscy spali, więc droga była wolna. Ostrożnie, na palcach wyszła na korytarz.
   Wszystko było czarne. Ciemność ogarnęła całą okolicę. Ruda wyciągnęła z kieszeni bluzy pomiętą kartkę i rozłożyła ją. To była mapa Nowego Yorku. Rozejrzała się i powoli zeszła w dół do hotelowego holu.
   Na szczęście drzwi były otwarte, więc spokojnie wyszła na zewnątrz gdzie było niespotykanie cicho i tajemniczo. Jednak ona szła dalej, przed siebie nie zważając na żadne przeciwności.
   - A więc, masz to tutaj? – usłyszała czyjś gruby głos dobiegający zza rogu.
   Zatrzymała się na chwilę. Ostrożnie podeszła do budynku zza którego dobiegał głos.
   - Oczywiście, ale mogę pokazać to tylko za zgodą szefa. – odpowiedział mu jakiś inny mężczyzna.
   - Rozumiem. Chodźmy, bo jeszcze nas ktoś tu zauważy. – powiedział ten pierwszy i zniknął ze swoim towarzyszem w ciemnościach.
   Lyra cichaczem podążyła za nieznajomymi tak, żeby nie wiedzieli, że ktoś ich śledzi. Wydawała być się pewna siebie i zachowywała się tak jakby wiedziała co robi.
   Nagle mężczyźni zatrzymali się i ruda również. Teraz w świetle ulicznych lamp można było ich zobaczyć. Jeden był łysy i miał wąsy, natomiast drugi był gładko ogolony, a na głowie miał bujną czuprynę. Obaj byli ubrani w eleganckie garnitury.
   Po chwili jeden z nich, ten łysy uderzył modno pięścią w metalową ścianę, która ku wielkiemu zaskoczeniu Lyry po chwili odsunęła się ukazując wejście do jakiegoś nieznanego pomieszczenia.
   Gdy tylko obaj mężczyźni weszli do środka ruda zauważyła, że drzwi są uchylone. Zawahała się na chwilę. To w końcu mogła być jakaś pułapka, niezwykła zasadzka. Jednak ona to zlekceważyła i po cichu wśliznęła się do środka.
   Pomieszczenie, w którym się znalazła było ogromne i zawalone liczną ilością pudeł i pudełek, na których napisane były niezrozumiane dla niej słowa. Na środku stał niewielki drewniany stół, przy którym siedziało trzech mężczyzn w kapeluszach, a cały pokój był słabo oświetlony. Wszystko sprawiało wrażenie niezwykle mrocznego i tajemniczego filmu.
   Ruda schowała się za stosem pudeł, za którego mogła wszystko dokładnie obserwować nie będąc przy tym zauważoną. Jej wzrok padł na mężczyznę trzymającego w dłoni talię kart. Wyglądał, jakby był czymś niezwykle zadowolony.
   Nagle do stołu podsiedli dwaj inny mężczyźni, za którymi Lyra tu weszła.
   - Wszystko już gotowe. – powiedział łysy do mężczyzny z talią kart.
   - Dobrze… - odpowiedział niezwykle grubym głosem a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
   - Czy szef zechce nam powiedzieć, co zamierza? – zapytał mężczyzna w niebieskim garniturze siedzący przy stole.
   - Jak wiecie, broń w dzisiejszych czasach jest przedmiotem, na którego kupców nie trzeba długo czekać. – powiedział tajemniczo, a widząc skinienia głów towarzyszy dodał – A zwłaszcza broń jądrową.
   Lyra zaniemówiła. W tej chwili zastanawiała się czy oni wiedzą co robią. Broń, a zwłaszcza broń jądrowa jest niezwykle niebezpieczna i może wywołać wiele nieodwracalnych szkód. Stała jak słup nie zdając sobie sprawy, że mężczyzna w niebieskim garniturze ją zauważył.
   Skinął na łysego, który zniknął w ciemności.
   Ruda już miała się wycofać i wrócić do hotelu, ale nagle poczuła czyjś zimny oddech na swojej szyi. Ciarki przeszły jej po plecach, a nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa. Nagle usta zasłoniła jej zimna dłoń mafiosa, a złowieszczy szept krążył bez celu po jej głowie.
  - Czego tutaj szukasz, maleńka…?

NAJNOWSZE OPOWIADANIE - Już do komentowania.
Z pewnych powodów zawiesza to opowiadanie na czas nieokreślony - Bernkastel.



Bernkastel napisał:

A więc, jest to taki jakby wstęp do mojego opowiadania "Szmaragdowe Sny". Można powiedzieć, że jest to wersja robocza. Miałam to wstawić dopiero wtedy, gdy napiszę jeszcze dwa rozdziały, ale z niewiadomych przyczyn postanowiłam wstawić to teraz, a więc - życzę miłego czytania i proszę o szczere, naprawdę szczere komentarze i uwagi. Dziękuję.

Prolog.
   Padał deszcz. Cały świat wydawał się być bardziej ponury niż zwykle. Krople wody odbijały się o szybę. Stara pozytywka na stoliku przygrywała smętną melodię zacinając się co kilka chwil. W pomieszczenia panował półmrok. Marie siedziała na mahoniowym stoliku. Lśniące szczerym złotem włosy gładziły ją po rumianych policzkach. Jej puste spojrzenie wbite było w ciemną otchłań przed nią. Wilhelm stał w kącie. Po chwili podszedł do niej i  nachylił się ku jej twarzy.
   - Co zamierzasz uczynić, Marie? – cichy szept dobiegł do jej uszu.
   Drgnęła. Jego lodowaty głos zawsze przyprawiał ją o dreszcze.
    - Dobrze wiesz, panie, że mam inne plany co do tej dziewczyny. – odpowiedziała łagodnym tonem wciąż wpatrując się w otchłań – Nie pozwolę ci jej zabrać.
    Wilhelm zmarszczył brwi. Jego twarz nabrała znacznie poważniejszego wyrazu. Nie raz już spotkał się z odmową Marie i dobrze wiedział, że nie łatwo jest z nią negocjować.
   - A więc… - zaczął przechadzając się po pomieszczeniu – Co chcesz z nią zrobić? Chyba masz jakieś konkretne zamiary co do niej, nieprawdaż? – zapytał gładząc się po podbródku.
   Blondynka starała się nie patrzeć mu w oczy. Jego lazurowe oczy zawsze ją oczarowywały przez co zapominała o całym świecie. Mogłaby zrobić dla niego wszystko. Jednakże nie chciała oddawać mu dziewczyny. Bała się nawet myśleć, co by się z nią mogło stać. Nie chciała jej oddawać. Nie mogła.
   - Szczerze, to nie wiem… - odparła cicho. Ręce zaczęły jej się trząść.
   Jego wzrok przebiły ją na wylot. Przeszły ją dreszcze. Widać było, że nie jest zadowolony z odpowiedzi. Był na nią zły. To było widać. Zbliżył się do niej szybkim krokiem. Złapał ją za kołnierz i podniósł ku górze.
   - Chcesz mi wmówić, że nie masz żadnego planu co do niej?! – krzyknął jej prosto w twarz – Nie pozwolisz mi jej zabrać, dopóki czegoś nie wymyślisz?!
   - Panie… - jęknęła ledwo łapiąc oddech – Proszę cię, puść…
    Puścił jej ubranie. Dziewczyna z piskiem spadła na stolik. Zimnymi dłońmi gładziła swoją szyję. Wilhelm złapał się za głowę i zachichotał złowieszczo. 
  - P-Panie…? – spytała niepewnie Marie.
  - Och, Marie. – zaśmiał się – Czyż to nie oczywiste…? - odwrócił się do niej. Jego twarz była blada jak marmur, a na niej malował się wyraz satysfakcji. Wyglądał jak maniak, który wydostał się na wolność.
   - Proszę pana… - szepnęła – Ale co jest oczywiste…?
   - To, że mi ją oddasz. – powiedział uśmiechając się złowieszczo co przepełniło Marie jeszcze większym strachem – To oczywiste, że mi ją oddasz, prawda? – pogładził ją po policzku.
   Poczuł chłód. Jednakże nic nie mogła zrobić. On tu był panem.
   - J-ja… - zaczęła się.
  - Dziękuję. – przerwał jej patrząc w okno.
  Zdziwiła się. Rzadko jej dziękował. Teraz jednak nie wiedziała dlaczego.
   - Panie… za co mi dziękujesz? – odważyła się zapytać.
   Spojrzał na nią. Jego twarz nabrała całkowicie innego wyrazu. Jakby milszego. Wydawało się, jak gdyby się uśmiechną, czego nigdy nie robił.
   - Za dziewczynę, Marie. Za dziewczynę. – uśmiechnął się.
   - A-ale jaa…
   - Nie kochasz mnie? – zapytał nagle.
   Poczuła jakby coś ukuło ją w serce. Kochała go. Kochała go nad życie. A on dobrze o tym wiedział. Skoczyłaby za nim w ogień. Zrobiłaby dla niego wszystko. On o tym wiedział. Wiedział i wykorzystywał ją. A ona zapatrzona w niego jak w obrazek nie wierzyła, że on nie odwzajemnia jej uczucia.
    - Panie… kocham. – odpowiedziała cicho.
    Uśmiechnął się. W jego oczach zawitał dziwny błysk.
    - A więc… Oddaj mi ją. – ucałował jej dłoń. Marie oblała się szkarłatnym rumieńcem.
    Wyszedł z pomieszczenia zostawiając ją samą. Prędkim krokiem zszedł po schodach. Na parterze czekał już na niego lokaj. Wyglądał na bardzo przerażonego. Wilhelm podszedł do niego i powiedział.
   - Przyprowadź mi tu tą dziewczynę.
   - Panie… przykro mi, ale nie mogę. - wyszeptał lokaj blady jak marmur.
   Spojrzał na niego z nieukrywanym zdziwieniem. Przecież nie prosił o nic wielkiego.
   - Co znaczy „nie mogę”?
   - Panie, bo widzisz… - jęknął – Dziewczyna… uciekła.
   Zapadła cisza. W oddali słychać było tylko ciche grzmoty. Deszcz lał jak z cebra. Wilhelm spojrzał na przerażonego lokaja kontem oka. Gdyby miał czym, z pewnością by go zabił.
   - Co to ma znaczyć?! – krzyknął cały czerwony – Znaleźć mi ją i to zaraz!
   Lokaj ukłonił się nisko i pobiegł w głąb korytarza. Wilhelm wyciągnął jedwabną chustę i przetarł nią sobie czoło. Marie wyjrzała z pokoju i stojąc na schodach spytała.
   - Cóż się stało, panie?
   Wziął głęboki oddech i uśmiechając się blado odrzekł.
   - Służba w dzisiejszych czasach jest taka niekompetentna.

Offline

 

#2 2010-10-16 11:23:59

Aruchi

GAYLORD PINES

Zarejestrowany: 2009-07-21
Posty: 4212
Punktów :   
Imię: Master of Disaster
Wiek: 3 lata

Re: Opowiadania - Bernkastel

Powiem tak - temat zamknięty.
A opowiadania nowe - jeśli w ogóle będą - to wstawiać ewentualnie będę je w innym temacie.
To tyle. Dziękuję wam za uwagę.


NIE CZYTAĆ MOICH STARYCH OPEK CHOLERA JASNA


Czemu, darling? ~~
Bo są do bani, delikatnie mówiąc. Shay, nie nadużywaj mocy admińskiej, bo sama bym chciała taką mieć.

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.niklan.pun.pl harrison ford www.laurowa.pun.pl nowe oferty do pań i numery tel mrozony pokarm dla ryb